Miejsce, do którego wracamy każdego roku, miejsce, gdzie cywilizacja dociera bardzo subtelnie, nienachalnie, delikatnie… nasz azyl.
Zagubieni w górach
Małe gospodarstwa, usytuowane na zboczu góry, gdzie nie ma kawałka poziomego terenu, gdzie wszędzie i zawsze jest pod górę. Drewniane domki z światłem w oknach tak ciepłym, jak nigdzie indziej. Stary góral o tak błękitnych oczach, że aż budzących lęk i zgarbiona góralka, która z roku na rok zdaje się być coraz mniejsza.
Cisza połączona z mroźnym powietrzem
Zimą niewiele samochodów jest w stanie tu dojechać. Pozostaje marsz przez las, pod stromą górę, często po lodzie. Są trzy kryzysowe momenty na tej drodze, ostatni zwany jest zakrętem kolki. Młodzi górale, mieszkający najwyżej, wjeżdżają starą ładą na wstecznym, dwóch siedzi na masce i dociąża tył. My wchodzimy piechotą.
W połowie drogi z Kosarzysk na Obidzę jest pensjonat Zacisze, jest też tam szczekający na przechodzących obok pies, którego donośny głos słychać w naszym domku. To umowny znak, że można już grzać wodę na herbatę.
W odległości dziesięciu minut, idąc w dół, znajduje się Bacówka na Obidzy (931 m n.p.m). Można tam pysznie i dużo zjeść. Niestety, drogę powrotną trzeba pokonać pod górę.
Dom z widokiem na szczyty
Do widoku z okien nie można się przyzwyczaić. Sucha Dolina w całej okazałości prezentuje się niemal każdego dnia. Przy dobrej pogodzie widać też wyciąg na Wierchomli, gdzie czasem jeździmy na nartach.
Za naszym domkiem są jeszcze tylko dwa, dalej tylko góry, cisza, spokój i naturalność, za którą tak bardzo tęskni się w wielkim mieście. Czas płynie tu zadziwiająco leniwie, nieśpiesznie.
Wielki Rogacz (1181 m n.p.m.) i pokusa dalszej drogi
W dni, kiedy nie jeździmy na nartach, wychodzimy w góry. Nie jesteśmy wytrawnymi chodziarzami, ale na szczęście odległości są tu wprost stworzone dla nas. Wielki Rogacz (1181 m n.p.m.); Radziejowa (1262 m n.p.m.) to główne cele naszych małych wypraw.
Zabieramy wodę, czekoladę, aparat fotograficzny i przemierzając kolorowe szlaki chłoniemy piękno, oddychamy mroźnym powietrzem, zdobywamy szczyty. W drodze powrotnej, nadkładając drogi zahaczamy o Bacówkę, żeby zjeść parowce lub placek po cygańsku i napić się piwa z sokiem.
Przedostatniej nocy rozpalamy za domkiem wielkie ognisko, przygotowujemy kociołek z cebulą, kiełbasą, boczkiem i ziemniakami, lepimy bałwana. Na mrozie, w śniegu po kolana, przy rozświetlonej sztucznymi ogniami Suchej Dolinie, witamy wspólnie kolejny nowy rok.
tekst i zdjęcia: Magdalena Czerwieńska-Matysiak
Źródło: http://www.travelpolska.pl/
